Relacja z Biegu Rzeźnika

Relacja z Biegu Rzeźnika

13310488_1033683006680752_9039801299445402934_n

 

Marsz Rzeźnika
Po tym, jak z Pawłem znaleźliśmy się na liście startowej na bieg Rzeźnika, wiadomym stało się, że nasz start się zmaterializował. Początkowo wywołało to u mnie przypływ bardzo mieszanych emocji. Lęk, że mało zostało czasu, nadzieja, że jeszcze wszystko da się zbudować no i w końcu przekonanie, że kto jak nie ja :). Pisałem już wcześniej o tym, że sporo zmian, jakie miały miejsce w moim życiu spowodowało niemałe zamieszanie w i tak wątłej rutynie treningowej.
Na fali emocji ruszyłem z treningami. Szybko jednak okazało się, że łatwo nie będzie. Po kilkunastu treningach pojawił się już znany wcześniej ból prawej stopy. Diagnoza Dr. Google wykazała problem z trzeszczką, co niestety potwierdziło zdjęcie RTG.
I tak pokrótce można opisać mój plan treningowy i jego wykonanie. Warto do tego jeszcze dopisać nieudane zakupy obuwia, które tylko pogłębiały dolegliwości zamiast podnosić formę na tak ważny i wymagający start. W zasadzie okres treningowy można by nazwać okresem wizyt ortopedycznych i uczenia się stawiania stopy tak aby nie uszkodzić nadwątlonej trzeszczki, co jak się okazało było przyczyną innego dolegliwego problemu z prawą stopą ale , nie o tym chciałem pisać…
W akcie determinacji zakupiłem Asics’y Fuji Runnegade, początkowo nie miałem do nich za grosz zaufania, później jednak wraz z upływem kilometrów układało nam się coraz lepiej…
Problem z pękniętą trzeszczką ustąpił i udało się wykonać choć część pracy, jaką sobie założyłem. Kilka dłuższych wybiegań 20 – 30 km, z czego jedno w Górach Świętokrzyskich. Z tego ostatniego wróciłem szczególnie zadowolony, gdyż nie mając wcześniej sposobności trenowania w górach zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Na Warmii biegi krosowe to wszystko co można zorganizować (ale za to jak :)).
Z obawy o nogę odłożyłem nawet start w OWM.
W końcu przyszedł czas na wyjazd w Bieszczady. Naturalnie z Olsztyna jest za blisko więc w poniedziałek i wtorek przed wyjazdem trafiła mi się delegacja na Podlasie skąd bezpośrednio pojechaliśmy na start. I tak zamiast 700 km było ich ponad 1100.
Już wtedy wiedziałem, że nie ma żartów zaczynało do mnie docierać, że niebawem zapłacę za wszystkie „dziś nie mam czasu” lub „jutro” albo co gorsze „to tylko jeszcze jedno piwko”…
Nic nie napawało optymizmem – brak treningów, brak zaufania do butów, trzeszczka, dystans, nowa trasa… Jedynie z założeń jakoś nie chcieliśmy rezygnować, tym bardziej, że Paweł bardzo ciężko przepracował sezon i zrobił wszystko aby się udało.IMG_1911
Później już poszło – start w Komańczy o 3:00 nad ranem. Ruszyliśmy powoli zgodnie z założeniami chcąc być w Cisnej (32 km) po 4 godzinach. Szło bardzo dobrze. Początek jest przyjemny – jest noc, droga jest szeroka co przy tłumie biegaczy jest bardzo istotne. W okolicach Duszatyna przy potokach tworzyły się osławione już korki tych wszystkich, którzy chcieli przejść strumyki suchą stopą. Później w zasadzie nie było dużo lepiej – wszędzie tam, gdzie pojawiało się błoto pojawiały się również zatory. Mimo to humory dopisywały. Na Żebraku czekała na nas Karolina z kolegą Pawła – dzięki czeku udało mi się pozbyć bluzy i czołówki. W okolicach 25 kilometra Paweł po raz pierwszy zakomunikował problem ze skurczami. Magnez miał pomóc – ale nic bardziej mylnego. Kilometry mijały a mój biegowy partner zdawał się cierpieć coraz bardziej. Wkrótce jednak na horyzoncie pojawiła się Cisna i na chwilę zapomnieliśmy o problemie. A ponieważ tam zaczyna się robić coraz poważniej to i skurcze powróciły poważniejsze. Miałem wrażenie, że nasze zejście z trasy to tylko kwestia czasu. Paweł jednak nie dawał za wygraną, jednak musieliśmy często przystawać aby dać odpocząć krnąbrnym mięśniom.IMG_1925
Przez obniżenie naszego tempa u mnie nie pojawił się żaden kryzys a samo pokonywanie dystansu było niemal komfortowe. Miałem za to mnóstwo czasu na obserwacje i przemyślenia. Poruszaliśmy się w grupie zawodników, którzy mierzyli znacznie niżej niż my początkowo. To co rzuciło mi się w oczy, że w tej grupie bieg rzeźnika jest tylko z nazwy – był to raczej marsz na rzeź…
I nie chcę tu nikogo krytykować po prostu należę do tej grupy, która jeśli startuje to musi być krew, pot i łzy.
Wielką frajdą były zbiegi, które naprawdę lubię, zwłaszcza kiedy można się rozpędzić na maksa. Nawet pod koniec, gdzie nogi już dostały za swoje zbieganie było rewelacyjne. Rozumiem też dlaczego kije dozwolone są dopiero od Cisnej. Gdyby to zależało ode mnie kije byłyby dozwolone po ostatnim przepaku. Przez nie niemal nie straciłem oka idąc za kimś komu kij omsknął się na kamieniu. Ostatni odcinek trasy, który chyba dla wszystkich był niewiadomą, dla mnie był bardzo ciekawy – małe wzniesienia i ciągłe zbiegi – taki profil trasy naprawdę mi pasuje. Finalnie ukończyliśmy na 277 pozycji, która biorąc pod uwagę okoliczności jest rewelacyjna. Dla mnie to mega sukces, mam wrażenie, że nie byłem przygotowany na więcej i na pierwszy raz to dobra lekcja. Ogólnie muszę powiedzieć, że jestem zaskoczony tym jak dobrze poszło pokonywanie górskich kilometrów, tym bardziej, że wszyscy straszyli, że to nie jest to samo co ubijanie płyt chodnikowych na nizinach. Tymczasem podbiegi czy nawet podejścia nie okazały się problemem – moc w nogach ta jakaś taka moja naturalna cecha.

Chyba największym moim rozczarowaniem była IMG_3399sama organizacja biegu. Jak już wcześniej wspomniałem to mój debiut w ultrabieganiu ale legendy o tym zbudowały u mnie zgoła odmienny obraz. Po pierwsze zawsze wydawało mi się, że trzeba być wyjątkowym aby dać radę pokonać takie wyzwanie a tym czasem dolegliwości po szosowym maratonie są u mnie znacznie bardziej poważne. Po drugie atmosfera przed i po biegu zawsze rysowana była, jako niemal magiczna. Tymczasem przed biegiem a i owszem, wspaniałe było to, jak wyglądała Cisna, wszędzie biegacze i biegaczki wszędzie w powietrzu unosiło się bieganie. Za to meta 13 edycji Rzeźnika to moim zdaniem kompletna porażka – byłem zmęczony i zapewne nie na wszystko zwróciłem uwagę, ale gdzieś dokładnie w środku niczego, kilka parasoli i ludzie podający medal i piwo. Ja się pytam gdzie jest legendarny strumień? (my znaleźliśmy sobie alternatywę) ale co z resztą?

Już nie wspomnę o problemach organizacyjnych jeśli chodzi o trasę. Tu prawda leży gdzieś pośrodku. Choć ja się umawiałem z organizatorem biegu a nie z Parkiem, że pobiegnę 78 km. Samo podanie informacji o zmianie było mało eleganckie i co najważniejsze z ust organizatora nie padło najważniejsze słowo, a moim skromnym zadaniem powinno było, oj powinno. 13329477_1132190590180729_7513865269091216676_o

Ja, jako biegacz czuję się nieco zlekceważony tym wszystkim, będąc tam przypominały nam się nieco sceny z filmu Barei – „żeby tylko szanowni biegacze nie pomyśleli sobie, że jesteśmy tutaj dla nich”.

Ja wiem, że to nie jest Orlen WM, ani  żadna inna masówka – bynajmniej tak myśli organizator. Nie mam jednak pewności czy ma rację. Biorąc pod uwagę skalę wydarzenia jest to masówka i skoro tak ma to wyglądać to najwyższy czas zacząć organizować ten festiwal biegowy z rozmachem godnym skali a nie budować kameralność poprzez uchybienia i organizacyjną spontaniczność. Mam nadzieję, że nikt nie posądzi mnie o czepialstwo ale nie mogę pominąć kwestii kibicowania. Dla mnie, jako biegacza kibić świętym jest! A tymczasem na Rzeźniku nie miał się ów kibic gdzie podziać a już na pewno jak znaleźć na trasie a jak posłużył się w tym celu pojazdem to źle bo trasę organizatorowi zablokował :).

Wnioski:
Szkoda, że gastronomia w Cisnej nie umie tego wydarzenia wykorzystać – makaron na wagę złota.
Dobre przygotowanie to mniej bólu na mecie.
Muszę zmienić strój startowy, gdyż w pewnym momencie kibicujące na trasie dzieci wołały do mnie: „szary dawaj!” – czas na zmianę barw!
Zegarek z Tajwanu, który w żaden sposób nie jest szałowy a na który posiadacze Garminów patrzą z pogardą, zapisał trasę z dużą precyzją, tracąc w ciągu 13 godzin tylko 65% baterii – na razie nie zmienię.

Miałem nieco lepsze zdanie o biegaczach po leśnych ostępach niż mam teraz. Każdemu jakoś przypadkiem wypadały opakowania po wszystkim – żele, batony nawet po piciu. Z pewnością nie wszyscy ale znaczna część z nas to śmieciarze!13316880_1033683196680733_7640760980227197317_o

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *