37 PZU Maraton Warszawski

37 PZU Maraton Warszawski

Decyzję o starcie w Maratonie Warszawskim podjąłem po Orlen Warsaw Maraton. Wtedy miałem nadzieję zaatakować 3:15 i nie wyszło. Jak to zwykle bywa na etapie planowania obiecałem sobie regularność w treningu i ciężką pracę. Ba gdzieś tam w głębi pomyślałem sobie nawet, że 3 godziny na jesień są osiągalne. No i jak zwykle życie zweryfikowało plany. Ale od początku. Nie bez znaczenia była dla mnie akcja #biegamdobrze, dzięki, której można było wystartować realizując cel charytatywny. Dla siebie wybrałem Fundację Dzieci Niczyje i rozpocząłem zbiórkę pieniędzy – poszło łatwiej niż się spodziewałem, za co wszystkim bardzo dziękuję. I tu łatwa część przygotowań do maratonu się kończy.

Na horyzoncie pojawił się projekt, który wtedy odczytałem jako szansę rzetelnych treningów. Wstępnie projekt zakładał, że będziemy zbierać materiał badawczy w terenie – czytaj 2 miesiące w delegacji bez obowiązków domowych a więc w dzień praca a wieczorem nic tylko biegać. Prawie tak było z tym, że udało nam się znaleźć sporo powierzchni blisko domu i nie pracowaliśmy 8 godzin a 12 i po powrocie do domu mogłem co najwyżej zjeść coś i pójść spać. Jeśli już byliśmy w delegacji to i tak po powrocie z terenu mimo wielkiej mobilizacji udawało mi się wyjść na góra dwa treningi w tygodniu i to nie zawsze. To w linii prostej doprowadziło mój plan przygotowania się do maratonu do klęski. Na szczęście gdzieś tam po drodze zaliczyłem kilka startów, o czym w osobnych postach. Przed samym startem były wątpliwości czy w ogóle powinienem wystartować i czy sobie nie odpuścić ale kwestia tego, że grupa ludzi przelała pieniądze na cel charytatywny po to abym między innymi mógł pobiec, skutecznie mnie mobilizowała. Dodatkowo fakt, że to ostatnia edycja Maratonu Warszawskiego z finiszem na Stadionie Narodowym sprawiał, że miałem nieprzemożną ochotę wystartować. To tyle o przygotowaniach – w zasadzie można by to opisać jako – przygotowań brak.

Na początku była moc

Na początku była moc

Przed samym startem sytuacja bardzo klasyczna. Z jednej strony wiem, że kondycyjnie jest gorzej niż na wiosnę, wiem, że wówczas poległem ponieważ przeceniłem możliwości i nie trzymałem się założeń tylko bezsensownie atakowałem. Z drugiej strony moja natura, która nie pozwala mi pobiec w grupie „dobiegnę, kiedy dobiegnę”. Połączenie tych dwóch czynników daje mieszankę wybuchową. A więc ustawiam się w strefie 3:15, dopuszczam odpuszczenie jeśli początek pójdzie źle i podłączenie się do grupy biegnącej na 3:20. Tym razem wyjątkowo karnie biegnę przez dłuższy czas za zającem na 3:15. O dziwo po 10 km wszystko szło bardzo dobrze, nauczony doświadczeniem z wiosny nie przyjąłem tego za dobrą monetę i postanowiłem poczekać do połowy dystansu. No niezupełnie – biegłem dalej bez zrywów i szarpania ale już nie na tempo a na puls. Starałem się nie przekraczać 160 BPM. Było z wiatrem więc dosyć szybko na horyzoncie pojawił się zając z balonikiem 3:10 już widziałem ten wynik 3:09:59, jak się później okazało nic bardziej mylnego…

Tu jeszcze nie zanosiło się na klęskę

Tu jeszcze nie zanosiło się na klęskę

Około 26 km zacząłem odczuwać skutki picia hektolitrów kawy – moja prawa łydka zaczęła wysyłać sygnały, że nadchodzi wielki skurcz. Dociążyłem lewą i to pozwoliło mi na dotarcie do 28 km, gdzie skurcz jednak nadszedł, szybko dokuśtykałem do pobocza i zacząłem rozciągać i masować łydkę. Na szczęście szybko się z nią uporałem i mogłem biec dalej. Już wtedy wiedziałem, że mimo wszystko jest lepiej niż na wiosnę, choć siły mnie zaczęły opuszczać w lawinowym tempie. Tempo zaczęło spadać, jak tylko dociskałem to łydka podpowiadała, że nie jest to najlepszy pomysł. I tak oto dotarłem do 35 km, gdzieś tu ponownie spotkałem się z grupą biegnącą na 3:15 podłączyłem się do nich i przebiegliśmy razem gdzieś do połowy 39 km, gdzie w końcu nastąpiło spotkanie, na które tym razem tak długo czekałem. Była tam! Wielka, szara, chropowata ściana – taka, która rzuca cień tak długi, że nie masz ochoty pobiec, żeby zobaczyć gdzie się kończy. Skapitulowałem i przeszedłem do marszu, wiedziałem, że to porażka w czystej postaci grupa 3:15 uciekła a ja spodziewałem się, że za chwilę zza moich pleców wyłoni się kolejny zając prowadzący biegaczy na 3:20, wyjątkowo szybko pogodziłem się z tym (co było robić?). Wtedy nastąpił impuls, który był mi bardzo potrzebny – nadbiegł Piotr z EDC Runners, który powiedział, chodź pobiegniemy razem, ja też już nie mam siły, już niedaleko. Uznałem, że czemu by nie spróbować – Piotrek faktycznie nie wyglądał jak ktoś kto mógłby mnie mocno nadwyrężyć widać było na jego twarzy trudy pokonanych kilometrów. Razem udało nam się nawet pożartować i spokojnym tempem pokonać pozostałem kilometry. Jak tylko zbliżyliśmy się do stadionu zobaczyłem miejsce, w którym poprzedniego dnia startował Ignacy w swoim pierwszym masowym biegu na 200 m – pomyślałem sobie jeszcze tylko 200 m dasz radę! Na płycie spotkałem kibicujących Ignacego z Karoliną. Już wcześniej umówiliśmy się, że jeśli się uda to przebiegniemy metę razem z Ignasiem. Zatrzymałem się na moment, żeby przejąć Ignasia i już za chwilę razem pokonywaliśmy ostatnie metry maratonu warszawskiego. To było coś naprawdę fajnego pamiętam, że na tych ostatnich metrach zupełnie zapomniałem o zmęczeniu – wbiegliśmy na metę w wielkim stylu. Okazało się, że mimo trudnych chwil czas mam lepszy od wiosennego a moja życiówka uległa poprawie o 1 minutę!

Dla tego zdjęcia "ból" byłby najlepszym opisem

Dla tego zdjęcia „ból” byłby najlepszym opisem

Wrażenia po maratonie mam raczej umiarkowane. Spora część trasy była pod wiatr co wymagało naprawdę sporej ilości energii na trasie. To oczywiście nie zależy od organizatora ale za to zaplecze biegu już tak. Super, że można było skorzystać z masaży miałem wrażenie, że jest mi bardzo potrzebny ale niestety okazało się, że liczba miejsc do oczekiwania na masaż jest znacznie mniejsza niż liczba oczekujących biegaczy a więc ludzie czekali na masaż na stojąco – nie miałem na to najmniejszej ochoty. Postanowiłem, że tego dnia wystarczy mi prysznic, ponieważ nie widziałem natrysków nigdzie w zasięgu wzroku rozpocząłem poszukiwania, pytając od czasu do czasu kogoś z obsługi wydarzenia czy oby na pewno poruszam się we właściwym kierunku. I tak przemaszerowałem spory kawał, zapewniany, że „jest dobrze” aż dotarło do mnie, że nic z tego i przebrałem się na zewnątrz… Niby to tylko detale ale dla mnie to ważne detale.

No i nareszcie meta

No i nareszcie meta

P.S. w kategorii wykładowca akademicki, w której startowałem, zająłem czwarte miejsce!

1 Comment

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *