Łemkowyna-Błotowyna

Łemkowyna-Błotowyna

Czytam dużo, jak powinno wyglądać wzorcowe bezpośrednie przygotowanie przedstartowe. Ostatnie treningi/ dobra dieta/sen. Wszystko wiem.

Jednak przed startem w Łemko Trail 30 dopadła mnie proza życia, a właściwie proza posiadaczki własnej firmy… W poniedziałek wyjazd do Warszawy, potem targi w Paryżu (skądinąd było pysznie), potem powrót do Warszawy, gdzie udało mi się jeszcze załatwić jedną służbową sprawę do południa w piątek, by południu wyruszyć w  Bieszczady.

 

Lało niemal całą drogę. Gdyby nie współtowarzysze podróży (Waldek i Maciek, którzy biegli w ŁUT70) to pewnie bym się bardziej wahała, czy wystartować. Ale przez całą, długą drogę tak się nasłuchałam o ich bieganiu, że nabrałam pewności, że ten start ma sens.

Po długiej drodze odebraliśmy pakiety i spędziliśmy jeszcze baaardzo miły wieczór u goszczących nas znajomych. Chłopaki musieli wstać i jakiejś absolutnie nierozsądnej porze, a że ja startowałam znacznie później, to poranek wyszedł w sumie całkiem miły i bez ciśnienia.

Każdy, kto czasem wychodzi na trening w deszczu wie, jak trudno jest się zebrać. Padało od rana, niebo
było tak zasnute chmurami, że istniało realne ryzyko, że nie przejaśni się do grudnia… Ale skoro już przejechaliśmy cały kraj.. Start z Puław Górnych o 12.30. Właściwie do punktu odżywiania biegło mi się bardzo dobrze. Oczywiście błoto przybierało 1000 odmian, zasysało, pluskało, płynęło itp. Do tego mżawka, mgła i całą ta październikowa bieszczadzka aura. Ale poza tym biegło się nieźle.

Potem był absolutnie wypasiony, nieprzyzwoicie pełen przepychu punkt żywieniowy. Starałam się streszczać, by w miarę trzymać się założeń. Wypiłam więc pyszny barszczyk, załadowałam zapas czekolady i w drogę! I tu zaczął się chyba najgorszy  czas. Deszcz siąpił, a właściwie robił wrażenie, jakby wisiał w powietrzu. Przed nami był niestromy, ale długi podbieg. Wydawało mi się, że wszyscy mają już dość tego zimna i wody. Szliśmy. Krok za krokiem. Słychać było właściwie tylko zasysanie błota. Ten odcinek ciągną się w nieskończoność. Próbowałam podbiegać, ale nie dało się biec po tym błocie – było głębokie, klejące. Trzeba było bardzo uważać, żeby co chwilę nie lądować w parterze. Więc tak szliśmy i szliśmy.. i myślałam, że jak zaraz ktoś do mnie nie zagada, to się rozpłaczę albo.. zasnę. No i szczęśliwie trafił się jakiś dobry człowiek, który coś do mnie powiedział wybudzając z letargu. Podbieg się wypłaszczył, trochę się ruszyłam i jakoś to zaczęło iść.

Trzymałam równe tempo, choć liczyłam, że na zbiegach uda mi się przyspieszyć, to w tych warunkach zbiegi były jakąś fikcją. W dodatku od tego ciągłego napinania mięśni, aby uchronić się przed upadkiem, zaczął mi się odzywać ITBS i kolano bolało coraz bardziej. Od dłuższego czasu próbowałam dodzwonić się do Waldka licząc, że spotkamy się na trasie, ale miał wyłączony telefon. W końcu zadzwonił Maciek, że oni to już czekają na mecie. To mnie trochę poderwało do życie i się ruszyłam. Komańcza była coraz bliżej, więc mimo rosnącego bólu doślizgałam (to chyba właściwie określenie) się do mety. Czas taki sobie (4:38), choć zważywszy na wszystkie okoliczności przedstartowe i pogodowe sukcesem było ukończenie tego biegu.

Mimo wszystko DUMA 😊

No i Waldek i Maciek jak zwykle niby nie w formie i że niby nieprzygotowani… Czas: 8h54 , 58 miejsce w klasyfikacji. Kozaki!

 

Na koniec jeszcze 3 słowa podsumowania samej organizacji: Właściwie bieg zrobiony MEGA! NIemal wszystko super, każdy detal przemyślany, z mojej perspektywy zaowdowej – media społecznościowe ogarnięte wzorcowo (a ma to dla mnie znaczenie, bo fajnie motywuje przed biegiem i super przypomina emocje po starcie, a przecież po to też się biega;)). Bardzo miła i uczynna obsługa, wszyscy doinformowanie, wszystko o czasie i na swoim miejscu, punkty żywieniowe na wypasie, ale też świetnie zorganizowane – wolontariusze zdecydowanie wiedzą co mają robić. Jedynie dwa minusy – włąściwie nie bardzo było się gdzie przebrać na mecie, co zważywszy na pogodę było trochękłopotliwe, no i logistyka dojazdu – my np. zostawiliśmy auto na starcie itrochę musiliśmy kombinować, jak się tam dostać, ale to też bierzemy na siebie, bo nie mieliśmy czasu przed startem o tym pomyśleć. Generalnie, nie ma się do czego przyczepić, bardzo udana impreza biegowa. Polecam wszystkim, my pewnie wrócimy, choćby dla takich wrażeń estetycznych 😉

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *