Relacja z Biegu Rzeźnika

Relacja z Biegu Rzeźnika

13310488_1033683006680752_9039801299445402934_n

 

Marsz Rzeźnika
Po tym, jak z Pawłem znaleźliśmy się na liście startowej na bieg Rzeźnika, wiadomym stało się, że nasz start się zmaterializował. Początkowo wywołało to u mnie przypływ bardzo mieszanych emocji. Lęk, że mało zostało czasu, nadzieja, że jeszcze wszystko da się zbudować no i w końcu przekonanie, że kto jak nie ja :). Pisałem już wcześniej o tym, że sporo zmian, jakie miały miejsce w moim życiu spowodowało niemałe zamieszanie w i tak wątłej rutynie treningowej.
Na fali emocji ruszyłem z treningami. Szybko jednak okazało się, że łatwo nie będzie. Po kilkunastu treningach pojawił się już znany wcześniej ból prawej stopy. Diagnoza Dr. Google wykazała problem z trzeszczką, co niestety potwierdziło zdjęcie RTG.
I tak pokrótce można opisać mój plan treningowy i jego wykonanie. Warto do tego jeszcze dopisać nieudane zakupy obuwia, które tylko pogłębiały dolegliwości zamiast podnosić formę na tak ważny i wymagający start. W zasadzie okres treningowy można by nazwać okresem wizyt ortopedycznych i uczenia się stawiania stopy tak aby nie uszkodzić nadwątlonej trzeszczki, co jak się okazało było przyczyną innego dolegliwego problemu z prawą stopą ale , nie o tym chciałem pisać…
W akcie determinacji zakupiłem Asics’y Fuji Runnegade, początkowo nie miałem do nich za grosz zaufania, później jednak wraz z upływem kilometrów układało nam się coraz lepiej…
Problem z pękniętą trzeszczką ustąpił i udało się wykonać choć część pracy, jaką sobie założyłem. Kilka dłuższych wybiegań 20 – 30 km, z czego jedno w Górach Świętokrzyskich. Z tego ostatniego wróciłem szczególnie zadowolony, gdyż nie mając wcześniej sposobności trenowania w górach zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Na Warmii biegi krosowe to wszystko co można zorganizować (ale za to jak :)).
Z obawy o nogę odłożyłem nawet start w OWM.
W końcu przyszedł czas na wyjazd w Bieszczady. Naturalnie z Olsztyna jest za blisko więc w poniedziałek i wtorek przed wyjazdem trafiła mi się delegacja na Podlasie skąd bezpośrednio pojechaliśmy na start. I tak zamiast 700 km było ich ponad 1100.
Już wtedy wiedziałem, że nie ma żartów zaczynało do mnie docierać, że niebawem zapłacę za wszystkie „dziś nie mam czasu” lub „jutro” albo co gorsze „to tylko jeszcze jedno piwko”…
Nic nie napawało optymizmem – brak treningów, brak zaufania do butów, trzeszczka, dystans, nowa trasa… Jedynie z założeń jakoś nie chcieliśmy rezygnować, tym bardziej, że Paweł bardzo ciężko przepracował sezon i zrobił wszystko aby się udało.IMG_1911
Później już poszło – start w Komańczy o 3:00 nad ranem. Ruszyliśmy powoli zgodnie z założeniami chcąc być w Cisnej (32 km) po 4 godzinach. Szło bardzo dobrze. Początek jest przyjemny – jest noc, droga jest szeroka co przy tłumie biegaczy jest bardzo istotne. W okolicach Duszatyna przy potokach tworzyły się osławione już korki tych wszystkich, którzy chcieli przejść strumyki suchą stopą. Później w zasadzie nie było dużo lepiej – wszędzie tam, gdzie pojawiało się błoto pojawiały się również zatory. Mimo to humory dopisywały. Na Żebraku czekała na nas Karolina z kolegą Pawła – dzięki czeku udało mi się pozbyć bluzy i czołówki. W okolicach 25 kilometra Paweł po raz pierwszy zakomunikował problem ze skurczami. Magnez miał pomóc – ale nic bardziej mylnego. Kilometry mijały a mój biegowy partner zdawał się cierpieć coraz bardziej. Wkrótce jednak na horyzoncie pojawiła się Cisna i na chwilę zapomnieliśmy o problemie. A ponieważ tam zaczyna się robić coraz poważniej to i skurcze powróciły poważniejsze. Miałem wrażenie, że nasze zejście z trasy to tylko kwestia czasu. Paweł jednak nie dawał za wygraną, jednak musieliśmy często przystawać aby dać odpocząć krnąbrnym mięśniom.IMG_1925
Przez obniżenie naszego tempa u mnie nie pojawił się żaden kryzys a samo pokonywanie dystansu było niemal komfortowe. Miałem za to mnóstwo czasu na obserwacje i przemyślenia. Poruszaliśmy się w grupie zawodników, którzy mierzyli znacznie niżej niż my początkowo. To co rzuciło mi się w oczy, że w tej grupie bieg rzeźnika jest tylko z nazwy – był to raczej marsz na rzeź…
I nie chcę tu nikogo krytykować po prostu należę do tej grupy, która jeśli startuje to musi być krew, pot i łzy.
Wielką frajdą były zbiegi, które naprawdę lubię, zwłaszcza kiedy można się rozpędzić na maksa. Nawet pod koniec, gdzie nogi już dostały za swoje zbieganie było rewelacyjne. Rozumiem też dlaczego kije dozwolone są dopiero od Cisnej. Gdyby to zależało ode mnie kije byłyby dozwolone po ostatnim przepaku. Przez nie niemal nie straciłem oka idąc za kimś komu kij omsknął się na kamieniu. Ostatni odcinek trasy, który chyba dla wszystkich był niewiadomą, dla mnie był bardzo ciekawy – małe wzniesienia i ciągłe zbiegi – taki profil trasy naprawdę mi pasuje. Finalnie ukończyliśmy na 277 pozycji, która biorąc pod uwagę okoliczności jest rewelacyjna. Dla mnie to mega sukces, mam wrażenie, że nie byłem przygotowany na więcej i na pierwszy raz to dobra lekcja. Ogólnie muszę powiedzieć, że jestem zaskoczony tym jak dobrze poszło pokonywanie górskich kilometrów, tym bardziej, że wszyscy straszyli, że to nie jest to samo co ubijanie płyt chodnikowych na nizinach. Tymczasem podbiegi czy nawet podejścia nie okazały się problemem – moc w nogach ta jakaś taka moja naturalna cecha.

Chyba największym moim rozczarowaniem była IMG_3399sama organizacja biegu. Jak już wcześniej wspomniałem to mój debiut w ultrabieganiu ale legendy o tym zbudowały u mnie zgoła odmienny obraz. Po pierwsze zawsze wydawało mi się, że trzeba być wyjątkowym aby dać radę pokonać takie wyzwanie a tym czasem dolegliwości po szosowym maratonie są u mnie znacznie bardziej poważne. Po drugie atmosfera przed i po biegu zawsze rysowana była, jako niemal magiczna. Tymczasem przed biegiem a i owszem, wspaniałe było to, jak wyglądała Cisna, wszędzie biegacze i biegaczki wszędzie w powietrzu unosiło się bieganie. Za to meta 13 edycji Rzeźnika to moim zdaniem kompletna porażka – byłem zmęczony i zapewne nie na wszystko zwróciłem uwagę, ale gdzieś dokładnie w środku niczego, kilka parasoli i ludzie podający medal i piwo. Ja się pytam gdzie jest legendarny strumień? (my znaleźliśmy sobie alternatywę) ale co z resztą?

Już nie wspomnę o problemach organizacyjnych jeśli chodzi o trasę. Tu prawda leży gdzieś pośrodku. Choć ja się umawiałem z organizatorem biegu a nie z Parkiem, że pobiegnę 78 km. Samo podanie informacji o zmianie było mało eleganckie i co najważniejsze z ust organizatora nie padło najważniejsze słowo, a moim skromnym zadaniem powinno było, oj powinno. 13329477_1132190590180729_7513865269091216676_o

Ja, jako biegacz czuję się nieco zlekceważony tym wszystkim, będąc tam przypominały nam się nieco sceny z filmu Barei – „żeby tylko szanowni biegacze nie pomyśleli sobie, że jesteśmy tutaj dla nich”.

Ja wiem, że to nie jest Orlen WM, ani  żadna inna masówka – bynajmniej tak myśli organizator. Nie mam jednak pewności czy ma rację. Biorąc pod uwagę skalę wydarzenia jest to masówka i skoro tak ma to wyglądać to najwyższy czas zacząć organizować ten festiwal biegowy z rozmachem godnym skali a nie budować kameralność poprzez uchybienia i organizacyjną spontaniczność. Mam nadzieję, że nikt nie posądzi mnie o czepialstwo ale nie mogę pominąć kwestii kibicowania. Dla mnie, jako biegacza kibić świętym jest! A tymczasem na Rzeźniku nie miał się ów kibic gdzie podziać a już na pewno jak znaleźć na trasie a jak posłużył się w tym celu pojazdem to źle bo trasę organizatorowi zablokował :).

Wnioski:
Szkoda, że gastronomia w Cisnej nie umie tego wydarzenia wykorzystać – makaron na wagę złota.
Dobre przygotowanie to mniej bólu na mecie.
Muszę zmienić strój startowy, gdyż w pewnym momencie kibicujące na trasie dzieci wołały do mnie: „szary dawaj!” – czas na zmianę barw!
Zegarek z Tajwanu, który w żaden sposób nie jest szałowy a na który posiadacze Garminów patrzą z pogardą, zapisał trasę z dużą precyzją, tracąc w ciągu 13 godzin tylko 65% baterii – na razie nie zmienię.

Miałem nieco lepsze zdanie o biegaczach po leśnych ostępach niż mam teraz. Każdemu jakoś przypadkiem wypadały opakowania po wszystkim – żele, batony nawet po piciu. Z pewnością nie wszyscy ale znaczna część z nas to śmieciarze!13316880_1033683196680733_7640760980227197317_o

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co to znaczy biegam bo lubię?

Co to znaczy biegam bo lubię?

IMG_0590Czasem słucham trójki, gdzie jest audycja BBL, często jest tam konkurs, a może nawet zawsze ale w sumie słucham tylko czasem, to skąd mogę to wiedzieć… Generalnie chodzi mi o to, że konkurs ów polega na dokończeniu zdania biegam bo lubię…

I moim zdaniem w tej końcówce zdania jest ukryte wszystko. No bo co ja tam w tym bieganiu lubię? Jak rozmawiam o tym ze znajomymi, to większość z nas jest fighterami i chyba po prostu lubi się sponiewierać do tego od czasu do czasu publicznie.
Dlatego nie bardzo pojmuję „zaliczanie biegów” aby na mecie wykonać selfie z medalem, a przy tym ciągle ładnie pachnieć. Naturalnie każdy z nas ma prawo do innego podejścia, ale czy sięgając do genezy całego tego zamieszania nie chodzi tutaj o ściganie się? Oczywiście każdy ściga się z kim innym, większość z nas z samymi sobą. No bo jak przebiegnę i następnego dnia pomyślę sobie, że było super, że nawet się nie sponiewierałem, że oczywiście mógłbym szybciej, lepiej ale mogłoby boleć czy naprawę poczuję satysfakcję? W moim przypadku na pewno nie.

Dlatego nie umiem biegać szlifując sukcesywnie formę, bo dla mnie ważne jest aby przyjść po treningu do domu i być zwyczajnie po ludzku zmęczonym i czuć pot. Czyli, że biegam bo lubię się pocić.

Nadzieja umiera ostatnia

Nadzieja umiera ostatnia

IMG_0776Rok 2016 do tej pory nie był dla mnie łaskawy. Od dłuższego czasu dokuczała mi trzeszczka. Udawało mi się ją skutecznie ignorować ale w końcu stało się to, co musiało się stać. Trzeszczka posypała się i z biegania nici. Winny musiał się znaleźć – padło na buty. Kupiłem nowe i nie trafiłem. Wybrałem adidasy canadia. Gdybym miał je opisać to powiedziałbym, że są jak volkswagen golf, jak na nie parzysz to nie zachwycają, nie mają absolutnie żadnych wodotrysków ale biegając w nich nie można się do niczego doczepić. Po jakimś czasie używania nie widać żadnych śladów zniszczenia. Są pancerne i tu chyba jest pies pogrzebany – ich pancerność sprawia, że obcierają i nie chcą ustąpić nawet na milimetr. Moja stopa cierpiała, a co gorsze problem z trzeszczką znowu zaczął się uwydatniać. Nie chciałem znowu ryzykować zainwestowałem w nowe obuwie. Tym razem zdałem się na sprzedawcę w sklepie, miałem tylko dwa kryteria wyboru – szeroka płetwa i niska cena. I tak oto stałem się właścicielem Asics Fuji Runnegade, bardzo niechętnie bo jakoś idea marki z dużym dropem nie trafia do mnie. O zgrozo uciskały jak cholera ale dopiero po 10 km. Po kilku eksperymentach z wkładkami pozbyłem się ich wszystkich było lepiej, a po przebiegnięciu paru kałuż nawet dobrze.

IMG_1256IMG_1071Mamy koniec marca i wygląda na to, że moja stopa jest ok, co więcej nie muszę kupować trzecich butów, co przy mojej polityce „max. 300 PLNów” ma znaczenie. Przez te wszystkie problemy w moich przygotowaniach zabrakło jakichkolwiek dłuższych wybiegań, nie powiem już o treningach w trudnym terenie. Co najwyżej jakiś krosik. Święta były okazją do wizyty w Górach Świętokrzyskich dzięki czemu mogłem zaliczyć jakieś górki. Piątek to 4 godzinny trening, w trakcie którego pokonaliśmy z moich „rzeźnickim” partnerem 30 km z całkiem przyzwoitymi przewyższeniami. Udało się przetrwać i to w całkiem dobrej formie, buty spisały się rewelacyjnie, stopa też. Podsumowując jest nadzieja.

Słowo się rzekło…

Słowo się rzekło…

Dziś wraz z nowym rokiem nie bacząc na posylwestrowe dolegliwości poleciałem na pierwszy trening od nie wiem jak dawna. Nowa kurtka i nowe buty potrafią zdziałać cuda – przynajmniej jeśli chodzi o motywację… Rok rozpoczynam z 4 dodatkowymi kilogramami i całą masą zaległości. Wyruszyłem rano jak za starych dobrych czasów ale już po 3 kilometrach jak spojrzałem na zegarek okazało się, że biegnę ledwo poniżej 5 min/km a wydawało mi się, że tempo jest co najwyżej 4:30 km/min… Pobiegłem 12 km ładną trasą z mnóstwem podbiegów i brzegiem 4 jezior co w połączeniu z piękną pogodą dawało niezłego kopa. Nie pomogło. Musiałem zatrzymać się chyba ze 100 razy (no może 3). Wniosek z dziś jest jeden – dużo pracy mnie czeka w ramach przygotowań do sezonu…IMG_0642

Nowy rok, nowe postanowienia

Nowy rok, nowe postanowienia

Pewnie bardzo wielu z nas ma tak, że neguje „manię” noworocznych postanowień a i tak nie wiedzieć czemu tuż przed końcem roku ulegamy i powstaje nowe, lepsze ja na przyszły rok.

U mnie końcówka roku zbiega się kilkoma planami. Ponieważ nie tak dawno temu zmieniłem pracę to musiało się to odbić na moim bieganiu (zawsze znajdzie się jakaś wymówka), ale plan na przyszły sezon startowy jest. Może nie ambitny ale na pewno jest wyzwanie… Zamierzam wystartować w Rzeźniku. Dodam, że moje doświadczenie z ultra to dokładnie zero, ale mam nadzieję, że ten bieg będzie dla mnie batem, który nie pozwoli na ignorowanie planów treningowych, tak jak zwykłem to robić w przygotowaniach do maratonów. Boję się tych 80 kaemów w terenie, gdzie zawsze jest pod górkę a jak nie to przynajmniej po błocie.
Dlatego z niecierpliwością czekam na koniec przeziębienia i ruszam w rzetelne przygotowania do majowego występu. Mam nadzieję, że trening pod ultra mimo, że inny to jednak pozwoli mi na ogólne odbudowanie formy. Stąd cicha nadzieja, że start w Orlenie albo Krakowie przyniesie wymarzoną dwójkę z przodu. Jestem realistą i wiem, że aby to zrobić to czasu nie zostało mi dużo. Z wiekiem będzie trudniej i trudniej choć człowiek czuje się wiecznie młody.

Nie wszystko jest „pod górkę” na szczęście – teraz do pracy mam niecałe 13 km przez las, więc idealna odległość, no i jest prysznic! Już nie mogę się doczekać, kiedy w styczniu zaatakuję 🙂 A no i poświąteczne wyprzedaże przyniosły nowy outfit 🙂Adidas Niemalże zapomniałem o jeszcze jednym noworocznym postanowieniu, które oczywiście jest związane z bieganiem… Porzucam (oczywiście na czas jakiś tylko) moje ukochane fast foody 🙁 Z sentymentu zrobiłem zdjęcie tego ostatniego….IMG_0612

37 PZU Maraton Warszawski

37 PZU Maraton Warszawski

Decyzję o starcie w Maratonie Warszawskim podjąłem po Orlen Warsaw Maraton. Wtedy miałem nadzieję zaatakować 3:15 i nie wyszło. Jak to zwykle bywa na etapie planowania obiecałem sobie regularność w treningu i ciężką pracę. Ba gdzieś tam w głębi pomyślałem sobie nawet, że 3 godziny na jesień są osiągalne. No i jak zwykle życie zweryfikowało plany. Ale od początku. Nie bez znaczenia była dla mnie akcja #biegamdobrze, dzięki, której można było wystartować realizując cel charytatywny. Dla siebie wybrałem Fundację Dzieci Niczyje i rozpocząłem zbiórkę pieniędzy – poszło łatwiej niż się spodziewałem, za co wszystkim bardzo dziękuję. I tu łatwa część przygotowań do maratonu się kończy.

Na horyzoncie pojawił się projekt, który wtedy odczytałem jako szansę rzetelnych treningów. Wstępnie projekt zakładał, że będziemy zbierać materiał badawczy w terenie – czytaj 2 miesiące w delegacji bez obowiązków domowych a więc w dzień praca a wieczorem nic tylko biegać. Prawie tak było z tym, że udało nam się znaleźć sporo powierzchni blisko domu i nie pracowaliśmy 8 godzin a 12 i po powrocie do domu mogłem co najwyżej zjeść coś i pójść spać. Jeśli już byliśmy w delegacji to i tak po powrocie z terenu mimo wielkiej mobilizacji udawało mi się wyjść na góra dwa treningi w tygodniu i to nie zawsze. To w linii prostej doprowadziło mój plan przygotowania się do maratonu do klęski. Na szczęście gdzieś tam po drodze zaliczyłem kilka startów, o czym w osobnych postach. Przed samym startem były wątpliwości czy w ogóle powinienem wystartować i czy sobie nie odpuścić ale kwestia tego, że grupa ludzi przelała pieniądze na cel charytatywny po to abym między innymi mógł pobiec, skutecznie mnie mobilizowała. Dodatkowo fakt, że to ostatnia edycja Maratonu Warszawskiego z finiszem na Stadionie Narodowym sprawiał, że miałem nieprzemożną ochotę wystartować. To tyle o przygotowaniach – w zasadzie można by to opisać jako – przygotowań brak.

Na początku była moc

Na początku była moc

Przed samym startem sytuacja bardzo klasyczna. Z jednej strony wiem, że kondycyjnie jest gorzej niż na wiosnę, wiem, że wówczas poległem ponieważ przeceniłem możliwości i nie trzymałem się założeń tylko bezsensownie atakowałem. Z drugiej strony moja natura, która nie pozwala mi pobiec w grupie „dobiegnę, kiedy dobiegnę”. Połączenie tych dwóch czynników daje mieszankę wybuchową. A więc ustawiam się w strefie 3:15, dopuszczam odpuszczenie jeśli początek pójdzie źle i podłączenie się do grupy biegnącej na 3:20. Tym razem wyjątkowo karnie biegnę przez dłuższy czas za zającem na 3:15. O dziwo po 10 km wszystko szło bardzo dobrze, nauczony doświadczeniem z wiosny nie przyjąłem tego za dobrą monetę i postanowiłem poczekać do połowy dystansu. No niezupełnie – biegłem dalej bez zrywów i szarpania ale już nie na tempo a na puls. Starałem się nie przekraczać 160 BPM. Było z wiatrem więc dosyć szybko na horyzoncie pojawił się zając z balonikiem 3:10 już widziałem ten wynik 3:09:59, jak się później okazało nic bardziej mylnego…

Tu jeszcze nie zanosiło się na klęskę

Tu jeszcze nie zanosiło się na klęskę

Około 26 km zacząłem odczuwać skutki picia hektolitrów kawy – moja prawa łydka zaczęła wysyłać sygnały, że nadchodzi wielki skurcz. Dociążyłem lewą i to pozwoliło mi na dotarcie do 28 km, gdzie skurcz jednak nadszedł, szybko dokuśtykałem do pobocza i zacząłem rozciągać i masować łydkę. Na szczęście szybko się z nią uporałem i mogłem biec dalej. Już wtedy wiedziałem, że mimo wszystko jest lepiej niż na wiosnę, choć siły mnie zaczęły opuszczać w lawinowym tempie. Tempo zaczęło spadać, jak tylko dociskałem to łydka podpowiadała, że nie jest to najlepszy pomysł. I tak oto dotarłem do 35 km, gdzieś tu ponownie spotkałem się z grupą biegnącą na 3:15 podłączyłem się do nich i przebiegliśmy razem gdzieś do połowy 39 km, gdzie w końcu nastąpiło spotkanie, na które tym razem tak długo czekałem. Była tam! Wielka, szara, chropowata ściana – taka, która rzuca cień tak długi, że nie masz ochoty pobiec, żeby zobaczyć gdzie się kończy. Skapitulowałem i przeszedłem do marszu, wiedziałem, że to porażka w czystej postaci grupa 3:15 uciekła a ja spodziewałem się, że za chwilę zza moich pleców wyłoni się kolejny zając prowadzący biegaczy na 3:20, wyjątkowo szybko pogodziłem się z tym (co było robić?). Wtedy nastąpił impuls, który był mi bardzo potrzebny – nadbiegł Piotr z EDC Runners, który powiedział, chodź pobiegniemy razem, ja też już nie mam siły, już niedaleko. Uznałem, że czemu by nie spróbować – Piotrek faktycznie nie wyglądał jak ktoś kto mógłby mnie mocno nadwyrężyć widać było na jego twarzy trudy pokonanych kilometrów. Razem udało nam się nawet pożartować i spokojnym tempem pokonać pozostałem kilometry. Jak tylko zbliżyliśmy się do stadionu zobaczyłem miejsce, w którym poprzedniego dnia startował Ignacy w swoim pierwszym masowym biegu na 200 m – pomyślałem sobie jeszcze tylko 200 m dasz radę! Na płycie spotkałem kibicujących Ignacego z Karoliną. Już wcześniej umówiliśmy się, że jeśli się uda to przebiegniemy metę razem z Ignasiem. Zatrzymałem się na moment, żeby przejąć Ignasia i już za chwilę razem pokonywaliśmy ostatnie metry maratonu warszawskiego. To było coś naprawdę fajnego pamiętam, że na tych ostatnich metrach zupełnie zapomniałem o zmęczeniu – wbiegliśmy na metę w wielkim stylu. Okazało się, że mimo trudnych chwil czas mam lepszy od wiosennego a moja życiówka uległa poprawie o 1 minutę!

Dla tego zdjęcia "ból" byłby najlepszym opisem

Dla tego zdjęcia „ból” byłby najlepszym opisem

Wrażenia po maratonie mam raczej umiarkowane. Spora część trasy była pod wiatr co wymagało naprawdę sporej ilości energii na trasie. To oczywiście nie zależy od organizatora ale za to zaplecze biegu już tak. Super, że można było skorzystać z masaży miałem wrażenie, że jest mi bardzo potrzebny ale niestety okazało się, że liczba miejsc do oczekiwania na masaż jest znacznie mniejsza niż liczba oczekujących biegaczy a więc ludzie czekali na masaż na stojąco – nie miałem na to najmniejszej ochoty. Postanowiłem, że tego dnia wystarczy mi prysznic, ponieważ nie widziałem natrysków nigdzie w zasięgu wzroku rozpocząłem poszukiwania, pytając od czasu do czasu kogoś z obsługi wydarzenia czy oby na pewno poruszam się we właściwym kierunku. I tak przemaszerowałem spory kawał, zapewniany, że „jest dobrze” aż dotarło do mnie, że nic z tego i przebrałem się na zewnątrz… Niby to tylko detale ale dla mnie to ważne detale.

No i nareszcie meta

No i nareszcie meta

P.S. w kategorii wykładowca akademicki, w której startowałem, zająłem czwarte miejsce!