Gruzja w biegu

Gruzja w biegu

Zdecydowanie warto! Choć faktycznie, jeśli nastawiamy się na zwiedzanie wyłącznie Tbilisi czy Batumi, będziemy musieli liczyć się z omijaniem tłumów turystów i dużym i raczej chaotycznym, przypominającym azjatycki, ruchem na ulicach.
Jednak, chyba tak jak wszędzie, jeśli zdecydujemy się zboczyć trochę ze szlaku, wyjechać z miasta, możemy liczyć na niezapomniane widoki i wymagające biegowe ścieżki.
Nasza podróż przebiegała trasą Kutaisi-Tbilisi-Stepancminda (dawniej Kazbegi)- Tbilisi-Batumi-Mestia-Kutaisi. Spędziliśmy tam dwa tygodnie i chcemy jeszcze. Nie będę was oszukiwać, do momentu wyjazdu na Kaukaz nie wyjęliśmy z plecaków naszych biegowych butów. Upał był niemiłosierny i tłum na ulicach też nie zachęcał do biegania. Zawsze organizujemy wakacje aktywnie, planujemy wycieczki, basen, dodatkowe zwiedzanie, szwędamy się po mieście. Dołóżmy do tego obłędne jedzenie i wino… To nie były sprzyjające warunki.


Jednak jak tylko dotarliśmy do Górnej Swanetii, do miasta Mestia, wiedzieliśmy, że tu będzie inaczej. Klimat w miasteczku jest niczym w Przystanku Alaska (ja miałam takie skojarzenie) – jedna główne ulica, zadbane skwerki (co w Gruzji nie jest tak oczywiste), małe sklepiki z pamiątkami, piekarnie, gdzie wprost z okienka można kupić tradycyjny gruziński chleb przypominający placek na pizzę. Charakterystycznym widokiem są średniowieczne baszty rodowe, które mieszkańcy wykorzystywali w dwojaki sposób – zarówno jako warownię, jak i dom (a czasem też dużą spiżarnie). Najstarsze z nich mają nawet 800 lat.

Ale Mestia oferuje też liczne trasy wypadowe na szlaki prowadzące a to na lodowiec Chalaadi, a to do Tsvirimi, czy do polodowcowych jezior Koruldi. No i każdego dnia wita nas widokiem na ośnieżoną Uszbę – jedną z najwyższych gór Kaukazu (4710 m).
Jest więc z czego korzystać. To doskonałe miejsce do ćwiczenia siły biegowej. Właściwie zawsze pierwsza połowa jest pod stromą górkę 😉 Bieganie nie jest w Gruzji za bardzo popularne, więc mieszkańcy bardzo pozytywnie reagują na samotnego na szlaku biegacza. Trzeba się liczyć z tym, że zapewne przystaną lub zwolnią jadąc autem, aby zobaczyć, co to za wariat, tak pod tą górę biegnie 😉 Podczas naszego pobytu upał był ogromny, więc trzeba było wybiegać bardzo rano, aby nie paść po drodze z odwodnienia. Minusem mogą być biegające często na wolności Burki, które, nie przyzwyczajone do biegaczy, ujadają okrutnie. Ale poza tym – same plusy, włącznie z przecudnymi świtami nad szczytami dzikich gór.

 

Jeśli więc wybieracie się na krótki lub dłuższy wypad do tego przepięknego kraju, warto do plecaka dorzucić biegowe ciuchy 😉 Poza tym biegająć można dotrzeć dalej, zobaczyć więcej, pozanć zakamarki dla innych zwykle niedostępne.

P.S. Poranne spotkanie z BARDZO POWAŻNYM PODRÓŻNIKIEM, który o 7.00 rano wyrusza na samotną wyprawę po górach Kaukazu, objuczony bardzo dużym plecakim, odziany w wełniane skarpety i ciężkie trekkingowe buty i spotyka ciebie – zbiegającą już ze szlaku, w samych spodenkach i koszulce, ewentualnie z małą butelką wody (uzupełenioną z resztą w górkim źródełku) – bezcenne 🙂

Łemkowyna-Błotowyna

Łemkowyna-Błotowyna

Czytam dużo, jak powinno wyglądać wzorcowe bezpośrednie przygotowanie przedstartowe. Ostatnie treningi/ dobra dieta/sen. Wszystko wiem.

Jednak przed startem w Łemko Trail 30 dopadła mnie proza życia, a właściwie proza posiadaczki własnej firmy… W poniedziałek wyjazd do Warszawy, potem targi w Paryżu (skądinąd było pysznie), potem powrót do Warszawy, gdzie udało mi się jeszcze załatwić jedną służbową sprawę do południa w piątek, by południu wyruszyć w  Bieszczady.

 

Lało niemal całą drogę. Gdyby nie współtowarzysze podróży (Waldek i Maciek, którzy biegli w ŁUT70) to pewnie bym się bardziej wahała, czy wystartować. Ale przez całą, długą drogę tak się nasłuchałam o ich bieganiu, że nabrałam pewności, że ten start ma sens.

Po długiej drodze odebraliśmy pakiety i spędziliśmy jeszcze baaardzo miły wieczór u goszczących nas znajomych. Chłopaki musieli wstać i jakiejś absolutnie nierozsądnej porze, a że ja startowałam znacznie później, to poranek wyszedł w sumie całkiem miły i bez ciśnienia.

Każdy, kto czasem wychodzi na trening w deszczu wie, jak trudno jest się zebrać. Padało od rana, niebo
było tak zasnute chmurami, że istniało realne ryzyko, że nie przejaśni się do grudnia… Ale skoro już przejechaliśmy cały kraj.. Start z Puław Górnych o 12.30. Właściwie do punktu odżywiania biegło mi się bardzo dobrze. Oczywiście błoto przybierało 1000 odmian, zasysało, pluskało, płynęło itp. Do tego mżawka, mgła i całą ta październikowa bieszczadzka aura. Ale poza tym biegło się nieźle.

Potem był absolutnie wypasiony, nieprzyzwoicie pełen przepychu punkt żywieniowy. Starałam się streszczać, by w miarę trzymać się założeń. Wypiłam więc pyszny barszczyk, załadowałam zapas czekolady i w drogę! I tu zaczął się chyba najgorszy  czas. Deszcz siąpił, a właściwie robił wrażenie, jakby wisiał w powietrzu. Przed nami był niestromy, ale długi podbieg. Wydawało mi się, że wszyscy mają już dość tego zimna i wody. Szliśmy. Krok za krokiem. Słychać było właściwie tylko zasysanie błota. Ten odcinek ciągną się w nieskończoność. Próbowałam podbiegać, ale nie dało się biec po tym błocie – było głębokie, klejące. Trzeba było bardzo uważać, żeby co chwilę nie lądować w parterze. Więc tak szliśmy i szliśmy.. i myślałam, że jak zaraz ktoś do mnie nie zagada, to się rozpłaczę albo.. zasnę. No i szczęśliwie trafił się jakiś dobry człowiek, który coś do mnie powiedział wybudzając z letargu. Podbieg się wypłaszczył, trochę się ruszyłam i jakoś to zaczęło iść.

Trzymałam równe tempo, choć liczyłam, że na zbiegach uda mi się przyspieszyć, to w tych warunkach zbiegi były jakąś fikcją. W dodatku od tego ciągłego napinania mięśni, aby uchronić się przed upadkiem, zaczął mi się odzywać ITBS i kolano bolało coraz bardziej. Od dłuższego czasu próbowałam dodzwonić się do Waldka licząc, że spotkamy się na trasie, ale miał wyłączony telefon. W końcu zadzwonił Maciek, że oni to już czekają na mecie. To mnie trochę poderwało do życie i się ruszyłam. Komańcza była coraz bliżej, więc mimo rosnącego bólu doślizgałam (to chyba właściwie określenie) się do mety. Czas taki sobie (4:38), choć zważywszy na wszystkie okoliczności przedstartowe i pogodowe sukcesem było ukończenie tego biegu.

Mimo wszystko DUMA 😊

No i Waldek i Maciek jak zwykle niby nie w formie i że niby nieprzygotowani… Czas: 8h54 , 58 miejsce w klasyfikacji. Kozaki!

 

Na koniec jeszcze 3 słowa podsumowania samej organizacji: Właściwie bieg zrobiony MEGA! NIemal wszystko super, każdy detal przemyślany, z mojej perspektywy zaowdowej – media społecznościowe ogarnięte wzorcowo (a ma to dla mnie znaczenie, bo fajnie motywuje przed biegiem i super przypomina emocje po starcie, a przecież po to też się biega;)). Bardzo miła i uczynna obsługa, wszyscy doinformowanie, wszystko o czasie i na swoim miejscu, punkty żywieniowe na wypasie, ale też świetnie zorganizowane – wolontariusze zdecydowanie wiedzą co mają robić. Jedynie dwa minusy – włąściwie nie bardzo było się gdzie przebrać na mecie, co zważywszy na pogodę było trochękłopotliwe, no i logistyka dojazdu – my np. zostawiliśmy auto na starcie itrochę musiliśmy kombinować, jak się tam dostać, ale to też bierzemy na siebie, bo nie mieliśmy czasu przed startem o tym pomyśleć. Generalnie, nie ma się do czego przyczepić, bardzo udana impreza biegowa. Polecam wszystkim, my pewnie wrócimy, choćby dla takich wrażeń estetycznych 😉

Rzeźnickie starty, cz. 2

Rzeźnickie starty, cz. 2

Piątek upłynął mi na kibicowaniu Waldkowi – wybrałam się nawet na start i pierwszy punkt pomiaru czasu mimo zupełnie nieprzyzwoicie pory. Zdążyłam potem się jeszcze wyspać, popracować, poczytać książkę, odebrać swój pakiet startowy a oni ciągle biegli.. Dziwna to świadomość. Wiedziała już, że Paweł (WaldkaIMG_3399
partner) walczy ze skurczami przez co musieli trochę odpuścić. O 15.00 pojechałam na metę. Nie musiałam długo czekać, bo wkrótce pojawili się chłopaki z czasem 13 h 20 min, więc choć przekroczyli założenia, to według mnie jak na debiut świetnie im poszło. Szczególnie, że Waldek wyglądał, jakby nawet pot nie musnął jego czoła 😉
Pobyliśmy tam trochę i zebraliśmy się z powrotem do Cisnej. Przyznam, że miałam trochę inne wyobrażenie o tym, jak witani będą uczestnicy biegu. Spodziewałam się bardziej huraoptymistycznej atmosfery, a tym czasem, z wyjątkiem wręczenia medalu i rozsławionego rzeźnickiego piwa nie działo się nic. Nie było sportowej fety, wspólnego kąpania w strumieniach (teoretycznie charakterystycznego dla tej imprezy) i świętowania.. Jakoś tak było nijak i biegacze po prostu zaraz pakowali zabawki i wracali do domów.

Wieczór spędziliśmy na krótkim omówieniu moich założeń na jutro. Dobra forma Waldka po starcie w Rzeźniku jakoś dobrze mnie nastroiła na kolejny dzień. Spałam jak dziecko 8 godzin (ostatni raz spałam tak długo chyba przed urodzeniem Ignasia ;)).

 

W sobotę przywitał mnie słoneczny poranek. Lepiej to niż 8 stopni i deszcz, które zapowiadano jeszcze tydzień temu. Ale cóż, nie będę ukrywać, nie lubię biegać w pełnym słońcu. Ale nastawienie było ok, trasę znałam prawie na pamięć, byłam mentalnie przygotowana jak nigdy, spakowana, po bezpiecznym śniadaniu i z dobrze przygotowaną playlistą. Założenie: maks. 4,5 godz.
Podczas biegu miałam pamiętać o (trenowałam to w głowie wiele razy przed startem):

  • Jeść regularnie (zawsze pod górę i zanim opadnę z sił): żelki, żele, batoniki (małymi gryzami, żeby się nie zapchać), rodzynki – menu miałam bogate 😉
  • Pić kiedy się tylko da (miałam wodę i izotonik)
  • Nie myśleć o tym, że słońce mnie pokona
  • Stawiać sobie krótkodystansowe cele
  • Wierzyć, że się uda

1464427962888Stałam na starcie i byłam dziwnie spokojna. Z jednej strony nie wiedziałam, czego się spodziewać, z drugiej – byłam dobrej myśli. Ruszyliśmy z małym opóźnieniem i w jednej grupie, choć wstępnie planowano podział na grupy (co uważam, że byłoby dobrym pomysłem).
1464420898479Początkowo trasa biegła nawierzchnią asfaltową, delikatnie pod górę, potem szutrem, ale także bez drakońskich podbiegów. Po około 3 km szlak nagle się zwęził i biegliśmy już singiel trackiem. Biegliśmy powoli zważywszy na łagodny profil trasy, ale pamiętałam wskazówkę z „Przewodnika po bieganiu Ultra”- jeśli wydaje ci się, że za wolno zacząłeś, to zwolnij. Biegło się dobrze, choć momentami zbyt wolno jak dla mnie, a droga nie pozwalała na częste wyprzedzanie. Na pewno podział uczestników na grupy pozwoliłby na szybsze tempo, bo przy tym tłoku wyprzedzanie było praktycznie niemożliwe. Zdarzyło się kilka mocniejszych podejść, ale czułam się świetnie. Uznałam, że na punkcie kontrolnym nie będę się zatrzymywać na dłużej, uzupełnię tylko wodę i w drogę! Waldek na mnie czekał na Przełęczy nad Roztokami i podejście pod Okrąglik pokonaliśmy razem. Tak się umówiliśmy wczoraj, że jeśli tylko starczy mu sił, to ten najtrudniejszy odcinek pokonamy razem. Czytałam przed startem o tym podejściu. Było strome, tak jak uprzedzano, ale najbardziej wymagające odcinki liczyły po około 200 m i dawały potem chwilę wytchnienia. Zakładałam, że wejście na szczyt może zająć mi nawet godzinę, ale zajęło mniej niż 45 minut. Po zdobyciu Okrąglika Waldek zostawił mnie i wrócił w kierunku Przełęczy. Ja dostałam wtedy jakiegoś turbo dopalenia 🙂 Podczas podejść skupiałam się tylko na tym, by je pokonać, a jak tylko zdarzał się zbieg, to znów za radą z Hala Koerna z „Przewodnika po bieganiu ultra” zbiegałam najszybciej, jak mogłam. Wyprzedzałam niemal wszystkich – nie wiem czemu woleli pokonywać strome zbocza powoli ;). To było super uczucie! Kompletny odjazd! Kilometr przed metą trochę opadłam z sił, bo już nie mogłam się doczekać, a ciągle spotykałam kibiców, którzy mówili, że już tylko kilometr, co było wkurzające. Trochę mnie to znużyło, szczególnie, że trzeba było na koniec wdrapać się jeszcze na krótkie, ale bardzo strome podejście. Potem jeszcze podejście na mostek i I did it!! Jest meta! Trzeba było do niej dobiec wzdłuż tłumu kibiców – oni zawsze dają super siłę na koniec!

Finalny czas 04:19:57. Dało to 624 miejsce w klasyfikacji generalnej a 92 w mojej kategorii. Wynik jest ok, biegło się doskonale, czas tak szybko mijał, że nawet nie zdążyłam włączyć muzyki! Teraz myślę, że 1. połowę mogłam pobiec szybciej, bo tempo było zachowawcze, ale niestety  nie było takich możliwości na trasie.. Już teraz wiem, że „nie taki diabeł straszny”, a takie bieganie bardziej mnie kręci, niż klepanie kilometrów po asfalcie.DSC_8232

Festiwal Rzeźnicki cz. 1

Festiwal Rzeźnicki cz. 1

W Cisnej zameldowaliśmy się 26.05 do południa. W centrum (czyli między jednym a drugim spożywczakiem) sami biegacze, niektórzy wytrenowani, szczupli, inni – cóż.. rozbawieni, ale z ambicjami. Każdy przyjechał tu przecież niby po to samo, ale jednak prywatny cel, ten w głowie, jest inny. Super atmosfera!

Przywitał nas Paweł, rzeźnicki partner Waldka. Szczęśliwy, widać, że w swoim żywiole. Przywiózł tu ze sobą chyba połowę Kielc. Zapalony biegacz, który od początku roku wybiegał 6 tys. km. Innych też zaraża bieganiem i o nim może mówić bez końca (zawsze wtedy trochę współczuję tym niebiegającym ;)). Ale uważam, że ten duet ma potencjał. Waldek biega mniej, ale jest szczuplejszy, ma tzw. „talent” (lub predyspozycje jak ktoś woli) i olbrzymią siłę woli. Paweł jest masywniejszy, ale jest w stanie przebiec każdą ilość kilometrów, no i stopuje Waldka. Wierzę w nich więc bardzo i trzymam kciuki, by zrealizowali założenie ok 12 h.
Rozbiliśmy obóz u przyjaciela Pawła, a zarazem studenta Waldka (mam wrażenie, że leśny świat jest taki hermetyczny, że wszyscy się znają). Mateusz pracuje w Nadleśnictwie Cisna, tym które uratowało w tym roku organizatorom tyłek, po odmowie Parku na organizację biegu. Sam odpowiada za promocję, więc właściwie jest jednym z mózgów operacji. Po dłuższej wymianie informacji, historii biegowych i całkiem tzw. „od czapy” umówiliśmy się na potem. Postanowiliśmy pójść na małe rozbieganie, aby przekonać się co nas tam czeka i jakie tempo jestem tu w stanie utrzymać.
Mieliśmy niewiele czasu, bo tylko godzinę, aby zdążyć do biura zawodów. Jednak nawet małe rozbieganie daje nam pewien pogląd na sprawę, że… łatwo nie będzie 😉 I że te podbiegi u nas, na Warmii, to owszem – ciężkie – ale dają chwilę wytchnienia. Te tu nie są tak łaskawe, ciągną się w nieskończoność lub schodzą stromo w dół, by zaraz znów kazać nam się wdrapywać pod górę. Po 50 min. wracamy na kwaterę, czuję się świetnie, dobrze było się rozbiegać po siedzeniu w aucie. Wiem, że w sobotę będzie ciężko i ta trasa budzi przede mną olbrzymi respekt. To pierwszy mój taki bieg, którego faktycznie się boję. Chciałabym go ukończyć w przyzwoitym czasie (czyli do 4,5 godz.), ale podczas wczorajszej wizyty u naszego kolegi, gdzie spotkaliśmy jego kolegę startującego w Rzeźniku GOPR-owca, i który naświetlił mi trochę temat podejścia na Okrąglik, mam świadomość, że przede mną duże wyzwanie. Ale jak to mówi Waldek: wygrywa się głową. I tego się muszę trzymać.

Po południu spotkaliśmy się wszyscy w miasteczku biegowym, chłopaki odebrali pakiety, trochę omówili założenia na jutro i spędziliśmy trochę czasu na nicnierobieniu (co w naszym przypadku jest delikatnie mówiąc rzadkością). 20160526_154148_HDRCzekaliśmy na odprawę. Sama organizacja Biura Zawodów i miasteczka pozytywna. Na biegaczy czeka Mini Expo, można nawet kupić niezłe buty, czy biegowe ciuchy w dobrej cenie. Z pomocą zgłodniałym biegaczom przychodzą punkty serwujące grillowane mięsiwa (wciąż nie rozumiem, skąd ten pomysł na grilla przed/po biegu, jakby ludziom brakowało fantazji, czego biegacze przed startem mogą potrzebować).

Na szczęście zdarzył się też jeden pomysłowy właściciel FoodTracka, gdzie można było wciągnąć dobry makaron z tofu, kurczakiem czy krewetkami (brawo on!). O 18.00 miała zacząć grać Wiewiórka, o 18.30 – odprawa. Czekaliśmy cierpliwie, przecież nigdzie nam się nie spieszyło. Jednak gdy o 18.30 Wiewiórka oznajmiła, że oni mają trochę spóźnienia, więc zagrają teraz, a odprawa będzie „za jakiś czas”. Uznałam to za lekką przesadę. Rozumiem, że nie jesteśmy w wojsku, ale w sytuacji gdy organizator dał mocno ciała w kwestii trasy, to podstawowa wiedza z zarządzania kryzysem wystarczyłaby, by wiedzieć, że teraz wypadałoby wszystko dopiąć na ostatni guzik, wyjść trochę przed szereg, aby się zrehabilitować. A opóźnienie w takiej sytuacji uznaję za spory dystans do biegaczy… Z zaciekawieniem wsłuchałam się w słowa organizatora, kiedy wreszcie pojawił się na scenie. Mam świadomość, że jestem dość skrzywiona przez branżę, w której pracuję, ale uważam, że jeśli ktoś podejmuje się przekształcenia kameralnego biegu dla pasjonatów gór i znajomych w „Festiwal biegowy”, to pora wejść na wyższy poziom profesjonalizacji. Gdy sprawa ze zmianą tras została ujawniona z uwagą czytałam doniesienia na ten temat. Początkowo jak wszyscy przypisałam winę dyrekcji Parku, jednak po bardziej wnikliwej analizie stanu rzeczy nie miałam już wątpliwości, że choć Park wykazał się brakiem dobrej woli, to przede wszystkim organizator nie dopełnił formalności, sprzedając wejścia na bieg, na organizację którego nie maił zgody. Zastanawiałam się więc teraz, czy w tym momencie biegacze, którzy liczyli na zmierzenie się ze słynną trasą, usłyszą kilka słów wyjaśnienia.. ? Niestety nic takiego nie miało miejsce, bo nie traktuję obarczenia Parku winą za całą sytuację za właściwe takie wyjaśnienie. A przydało by się. Już nie wspomnę o magicznym słowie na „P”, często omawianym w casach na temat kryzysów lub podziękowania biegaczom, że mimo wszystko postanowili stawić się na starcie. To moje zdanie. Może przesadzam. Może to skrzywienie zawodowe.. Oczekuję jednak więcej.Clipboard01 Może to zbyt duża dygresja…
Zaraz po odprawie obraliśmy kierunek na kwaterę. Wszyscy mówią, że przed Rzeźnikiem nie da się spać. My (a przede wszystkim Waldek) spał jak dziecko. Prawie 4 godziny. By o 1.00 wstać i zmierzyć się z zadaniem.

Wings for life – gdzie kończy się amatorskie bieganie?

Wings for life – gdzie kończy się amatorskie bieganie?

To był dzień pełen pięknych biegowych emocji. Od wielu miesięcy śledzę rozwój Bartka Olszewskiego, który w tym roku reprezentował Polskę w Kanadzie w tym charytatywnym biegu. Nigdy nie miałam przyjemności spotkać go osobiście. Jednak widząc codziennie wycinki z jego biegowego i prywatnego życia, szczerze mu kibicuję. Uważam, że jest dla każdego biegacza świetnym przykładem na to, że ciężka praca popłaca i że jeśli kilometry się zgadzają, to sukcesy w bieganiu także z czasem przyjdą. Że to nie szczęście, a czas poświęcony na treningi i znajomość materii, decydują o naszym sukcesie w tym sporcie. Chętnie więc śledziłam jego przygotowania do tegorocznej edycji Wings for Life i czekałam na doniesienie z Kanady.

Kiedy więc o 13.00 bieg wystartował, czekałam z niecierpliwością na informacje z jego trasy. Nie raz już Bartek pokazał, że ma w sobie olbrzymią determinację i konsekwentnie realizuje założenia biegowe. Choć sygnalizował przed wyjazdem, że nie nastawia się na pierwszą lokatę, to po cichu bardzo mu jej życzyłam i zastanawiałam się, czy przypadkiem na finiszu nie uruchomi jakiś ukrytych pokładów energii, by „rozbić bank” i zdobyć 1. miejsce w świecie.
Gdy więc około 16.00 włączyłam trochę mimochodem streaming z biegu, by zobaczyć jaka jest obecna sytuacja, tak już zostałam do końca. Oboje z Waldkiem siedzieliśmy w ogrodzie wgapieni w monitor komputera i zamiast korzystać z upalnego popołudnia, nie mogliśmy po prostu odejść w obawie, że coś stracimy. W rezultacie Ignaś musiał zająć się sam sobą, marudził, że obiecałam kupić mu smakołyki i miałam jechać do sklepu, a ja wprost nie mogłam przestać oglądać. Bartek dostarczył nam cudownych wrażeń osiągając 2. wynik na świecie (82,43 km) i przekraczając dotychczas nieosiągalną granicę 80 km. Rywalizacja na kilometry z Włochem Giorgio Calcaterra, to było mistrzostwo świata! Przez wiele kilometrów dzieliła ich różnica tylko kilkuset metrów! Swoją drogą Calcaterra to też niezły gość – mimo już konkretnego jak na biegacza wieku w doskonałej formie. Waldek uznał, że ten człowiek dał mu nową nadzieję, bo sądził, że w tym wieku (Calcaterra ma 44 lata, Waldek 36 lat) największe sukcesy w bieganiu ma si już za sobą.
Podsumowując – aż od razu chce się założyć biegowe buty, jak się tak człowiek zmotywuje patrząc na takie wyniki naszych biegaczy. W Wings for Life Polska pierwsze miejsca zajęli Tomasz Walerowicz (świetny człowiek, który przygodę z bieganiem rozpoczął by schudnąć, a w tym starcie przebiegł ponad 70 km) , a wśród pań – Agnieszka Janasiak. Zeszłoroczną zwyciężczynię polskiej edycji Dominikę Stelmach meta dogoniła na 55,25 km.

11 tygodni do Rzeźniczka, a ja wciąż chora :(

11 tygodni do Rzeźniczka, a ja wciąż chora :(

Kaszlę tak już cztery tygodnie… Nie, żeby mnie to nie niepokoiło. Gdy tydzień po przebytym zapaleniu oskrzeli znów pojawił się ten cholerny kaszel, poszłam na kontrolę do lekarza. Ale on mnie uspokoił, że ten kaszel to naturalny po przebytej chorobie.. Co tam, że tak mnie dusi, że kaszlę jak gruźlik… Ale skoro lekarz potwierdził, że jestem zdrowa, to tak musi być. Dostałam leki homeopatyczne (nigdy nie wierzyłam w ich działanie) i radę, by jest dużo warzyw (co jest oczywiste). Poczułam się więc zaopiekowana…

Jednak, gdy mój stan się nie poprawiał, postanowiłam sprawdzić to ponownie. Wchodzę więc do lekarza, tłumaczę, że ten kaszel to już cztery tygodnie i że potrzebuje szybko wyzdrowieć, bo nie mogę pracować i nie mogę biegać i że potrzebuję, by zalecił mi jakiś superlek, który to szybko mnie wyleczy. I słyszę pytanie: a to pani jako kurier pracuje, że potrzebuje pani biegać? No to tłumaczę: że to już tak długo kiedy nie mogę trenować, a w maju muszę być w bardzo dobrej formie, że mnie dusi i nie mogę normalnie oddychać nawet przy chodzeniu.. itd.

No i mam już diagnozę – zapalenie oskrzeli. Co oznacza kolejny co najmniej tydzień przerwy od biegania i od wszelkiej aktywności fizycznej.

Czuję się już trochę zrezygnowana i zmęczona tym nic nierobieniem. Moje nowe buty, jeszcze nawet nieprzetestowane, patrzą na mnie prosząco. Pogoda coraz lepsza, dzień coraz dłuższy, a przede wszystkim za 2,5 miesiąca Rzeźniczek, który jest moim najpoważniejszym startem odkąd zaczęłam biegać. Powinnam więc już ostro trenować, zamiast siedzieć w domu 🙁