W 2013 r. po kilkunastu latach mieszkania w Warszawie postawiliśmy wszystko na jedną kartę przenosząc się na Warmię. Po roku kupiliśmy prawie 100-letni dom w środku lasu i bliskim sąsiedztwie czterech jezior. Dziś uwielbiamy to życie, często odczuwamy błogostan, zbieramy grzyby, patrzymy na błyszcząca w słońcu taflę jeziora i słuchamy ryczących jeleni. No i biegamy 🙂

Karolina

Karolina

Jeszcze w 2013 r. na myśl o bieganiu, mówiłam: To nie dla mnie. Zawsze byłam aktywna fizycznie – grałam w siatkówkę, pływałam, jeździłam na rowerze, ale bieganie… nigdy! Kiedyś, jeszcze w podstawówce, miałam krótki, bardzo nieudany romans z tą dyscypliną sportową – mój nauczyciel w-f uznał, że skoro jestem jedną z bardziej sprawnych dziewczyn, dobrze radzę sobie w innych dyscyplinach, to mogę reprezentować naszą szkołę w biegu na 400 m. To była oczywiście kompletna porażka, płuca zostawiłam wtedy na bieżni i obiecałam sobie stanowczo: nigdy więcej.

Ale Waldek wciąż opowiadał, jakie to fajne, zaczynał startować w różnych zawodach, a ja nawet czasem kibicowałam mu na mecie. Przekonywał, żebym spróbowała, a ta myśl baaardzo powoli kiełkowała w mojej głowie (ale raczej byłam pewna, że jestem w stanie przebiec maks. 1 km). Aż do września 2013 r., kiedy uznałam, że spróbuję. Po pierwszych 900 m musiałam się zatrzymać. Na zmianę z marszem pokonałam swoje pierwsze 5 km i uznałam, że mogę spóbować, czy się do tego nadaję.

Oczywiście teraz wiem, że taki początek przygody z bieganiem nie jest najszczęśliwszy, ale w sumie z perspektywy czasu uznaję, że skoro się nie zniechęciłam, to był to sukces. W ramach mobilizacji zapisałam się na Biegnij Warszawo i pokonałam swoje pierwsze w życiu 10 km!

Od tego czasu biegam regularnie (jeśli można biegać regularnie mając małe dziecko i własną firmę;)). Stawiam sobie coraz ambitniejsze cele, a każda życiówka jest moim prywatnym świętem.

Dziś bieganie dla mnie to dowód mojej siły, wiara, że mogę wszystko, jeśli tylko spróbuję, chwila dla siebie. Zawsze, gdy tylko wyjdę na trening, czuję się wygrana. Bo wcale nie jest łatwo zostawić wszystkie „absolutely must” rzeczy i znaleźć czas na chwilę z bieganiem.

Moje biegowe plany? Połówka na wiosnę 2016 r. i kilka ambitniejszych, o których na razie ciiicho szaa..

 

Waldek

Waldek

Biegania nigdy nie traktowałem poważnie, co nie oznacza, że nie czerpałem z tego satysfakcji, wręcz przeciwnie chyba w dalszym ciągu tak jest, że z dużą swobodą podchodzę do wszelkich naukowo sprawdzonych i wielokrotnie potwierdzonych w praktyce tez.

Biegałem jak byłem bardzo młody, chyba szło mi nieźle ale trudno jest to oceniać z tak odległej perspektywy, później na okres 10 lat bieganie a mówiąc całkiem szczerze cała aktywność sportowa poszła w odstawkę – nie było kontuzji czy temu podobnych historii – były studia i studiowanie.

Wszystko wróciło tak samo spontanicznie jak odeszło… (no może było w tym nieco pragmatyki).

Poranne spacery z psem były dla mnie naprawdę dużym wyrzeczeniem, zwłaszcza kiedy mieszkaliśmy w Warszawie… Musiałem znaleźć coś co pozwoliłoby mi wykonywać ten przykry obowiązek z większą dozą przyjemności – najlepiej go skrócić (oczywiście bez szkody dla psa). I tak nastała reaktywacja biegania…

Na wstępie już wspominałem o moim swobodnym podejściu do tematu ale mimo tego, jak sobie przypomnę siebie z tamtego okresu to uśmiech zawsze gości na mojej twarzy. Trochę jak Rocky Balboa – bawełniane dresy, bawełniana bluza no i buty – takie jakie były – może nie do końca biegowe ale w końcu sportowe a bieganie to sport więc wszystko się zgadzało.

Nie mogę pominąć roli Nike Plus (nie wiem czy ciągle się to tak nazywa) w tym wszystkim… Ale nie w takiej formie jak zapewne przychodzi teraz każdemu do głowy – o nie na komputerze nie na smartfonie… Pamiętam, że zdobywanie kolejnych leweli dawało mi dużo satysfakcji wówczas aplikacja bardziej przypominała plan treningowy niż coś co można zabrać ze sobą, co dzięki wbudowanemu modułowi GPS przeanalizuje jak daleko i jak szybko itd.

Kilka lat później pojawiła się pokusa wystartowania w jakimś biegu – 5 km wydało mi się wówczas do pokonania. Dużo stresu, no bo wszyscy wiemy niby zabawa ale łokcie szeroko J Okazało się, że przebiegłem nawet nie na końcu…

Zacząłem się zastanawiać co by tu zrobić żeby nie na końcu zamieniło się może w pierwsze 30%? I tak moja ulubiona metoda treningowa musiała pójść w odstawkę. Sam nazwałem ją metodą na Kenijczyka bądź na Etiopczyka – wyczytałem kiedyś w Skarżyńskim (chyba), że biegacze z Afryki są znacznie mniej przygotowani merytorycznie do biegania niż biegacze z Europy czy ze Stanów jednak oni mają determinację oraz biegają dużo szybko. Mo może nie biegałem nigdy dużo i pewnie również nie szybko ale na moje ówczesne możliwości było to i dużo i szybko.

Teraz też zdecydowanie wolę te szybsze treningi, na wolne często brakuje czasu.

Moim celem biegowym jest dwójka z przodu w maratonie.  No i Rzeźnik.

Masz do nas sprawę?

Napisz 🙂